Jak zmieniłam podejście do swojej problematycznej skóry

Na początek kilka faktów. Moja cera jest sucha, z przetłuszczającą się strefą T oraz skłonnością do wyprysków i powstawania blizn. Z problemami z cerą zmagam się od wielu lat, zaczęło się jakoś w gimnazjum. Obecnie moja skóra jest w dużo lepszym stanie, wciąż mam pojedyncze wypryski, walczę z przebarwieniami, ale zdarza mi się wyjść na ulicę bez makijażu lub jedynie z zakrywającym pojedyncze punkty korektorem. Wszystko co opisałam poniżej to moje własne doświadczenia, nie jestem dermatologiem, dietetykiem ani kosmetyczką, więc nie wiem czy moje podejście i rozwiązania zadziałają u innych, ale na pewno pomogły mi;)

Jak dawniej podchodziłam do tematu

Mój trądzik zaatakował ponad 10 lat temu i zdecydowanie był moim kompleksem numer jeden przez cały ten czas. Chyba nie muszę tłumaczyć żadnej dziewczynie jakie to uczucie budzić się codziennie z nowymi zmianami na twarzy, słyszeć niekończące się pytania “co ci się stało?” i odpowiadać na komentarze w stylu “może kup sobie coś przeciwtrądzikowego”. Właściwie przez całe liceum i studia wstydziłam się swojej cery, nie wyobrażałam sobie pokazać się komukolwiek, prócz rodziny, bez makijażu i całkowicie straciłam wiarę w siebie. Trądzik to skomplikowany problem, do którego wiele osób wciąż podchodzi jak do czegoś obrzydliwego i wynikającego z braku higieny, co jest niesamowicie krzywdzące dla każdego kto poświęca czas i pieniądze walcząc z nim niekiedy przez całe życie. Ja miałam pecha i mój trądzik nie przeszedł po kilku latach jak u większości moich znajomych. Dość szybko przekonałam się, że nie jest to jego młodzieńcza odmiana, a raczej coś bardziej złożonego. Przez lata odwiedziłam wielu dermatologów, z perspektywy czasu widzę, że nigdy nie trafiłam na naprawdę dobrego, bo żaden nie zasugerował mi badań hormonów itp. Dostawałam jedynie kolejne antybiotyki i maści, które niewiele pomogły, za to koszmarnie wysuszały moją skórę i spowodowały jeszcze większe kompleksy (skóra tak się łuszczyła, że trudno było na nią nałożyć makijaż…). Nigdy nie było jednak aż tak źle, żebym zdecydowała się na kurację izotretynoiną. Wiele razy, w akcie desperacji, poważnie o tym myślałam i rozmawiałam o tym z moim dermatologiem, ale ostatecznie wystraszyłam się skutków ubocznych i zrezygnowałam z pomysłu. Przeszło mi przez myśl branie tabletek antykoncepcyjnych, ponieważ przeczytałam, że często poprzez ingerencję w gospodarkę hormonalną organizmu wyczyszczają cerę. Jest to jednak tymczasowe rozwiązanie (i również niepozbawione skutków ubocznych), a ja chciałam pozbyć się problemu raz na zawsze, dlatego ten pomysł także odrzuciłam.

Jak teraz podchodzę do swojej cery

Właściwie nie pamiętam co spowodowało u mnie całkowitą zmianę podejścia do mojej skóry. Myślę, że zdiagnozowane Hashimoto jakoś otworzyło mi oczy na wiele spraw. Akurat zeszło się to w czasie z przeprowadzką do Stanów, dużym stresem związanym z nową pracą i życiem w innym miejscu. Moja cera totalnie oszalała i było po prostu fatalnie. Te doświadczenia trochę mnie wystopowały i uświadomiły, że czas zabrać się za swoje zdrowie od środka. Jeśli tabletki i maści nie pomagają lub pomagają tylko chwilowo to może lepiej podejść do tematu bardziej holistycznie i spróbować inaczej o siebie zadbać. W tym poście skupię się przede wszystkim na trądziku, Hashimoto to osobna historia.

Zaczęłam od odstawienia aptecznych maści, które wysuszały mi skórę na wiór. Postawiłam na coraz bardziej popularną w tym czasie, koreańską pielęgnację i to był strzał w dziesiątkę. Łagodniejsza i bardziej naturalna bardzo uspokoiła moją skórę i pozwoliła jej się wreszcie zregenerować. Dobre serum rozjaśniające bardzo pomogło z przebarwieniami. Zmieniłam podkład na puder mineralny, który stosuję głównie punktowo, ale nawet gdy nakładam go na całą twarz to nie zapycha porów i nie tworzy efektu maski. Zaczęłam stosować spot concealing (pisałam o tej technice tutaj), dzięki czemu używam mniej produktów. Pozostała jeszcze kwestia walki z nowymi pryszczami. W tym okresie na powiekach i rękach powychodziły mi straszne alergie i okazało się, że odstawienie laktozy jest kluczowe. Trochę ciężko było mi zrezygnować z kawy z mlekiem, lodów i ukochanego cheddara, ale dla pięknej skóry jestem w stanie zrobić wiele. Po miesiącu takiej diety różnica była oszałamiająca. Alergia zniknęła, a cera znacząco się oczyściła. Ten kolejny sukces jeszcze bardziej przekonał mnie, że obserwowania swojego organizmu i jego reakcji na różne produkty spożywcze ma sens. W odstawkę odeszła też czekolada (wiem wiem, to ogólnie znany fakt, że czekolada może szkodzić cerze, ale ja wciąż ją jeszcze podjadałam), owocowe herbatki oraz cukier. Przy tego typu odżywianiu nie chodzi oczywiście o całkowite odstawienie cukru, ale jedynie o umiar i większą świadomość. Obecnie, nie jem go więcej niż zalecana dzienna porcja (idealna dawka cukrów wolnych to około 26 g dziennie, zalecana dawka to 50 g). Z tyłu każdego opakowania ze słodyczami można wyczytać ile cukru jest w pojedynczym produkcie i wyliczyć ile “jednostek” można zjeść w ciągu dnia. Kolejnym elementem jest woda oraz herbaty – na przykład pokrzywa, melisa, czystek czy skrzyp polny. W zasadzie nigdy nie kupuję normalnej herbaty, zdarza mi się ją wypić u znajomych itp., ale w domu piję jedynie wodę i zioła. Dobrze smakują, są tanie i mają świetny wpływ nie tylko na cerę, ale także na cały organizm. Piję ich dużo, bo regularne nawodnienie jest, jak wszyscy wiemy, niesamowicie ważne.

 Moja skóra wciąż nie jest idealna. Nadal zdarzają mi się niespodzianki w postaci wysypów. Nie jest to już jednak ten sam kaliber co 10 lat temu i wiem na pewno, że nie wynika to z wieku i z tego, że trądzik sam mi po prostu przechodzi. Ten efekt związany jest z większą czujnością i mądrzejszym dbaniem o siebie. Kiedy pojawiają się nowe pryszcze już ich nie wyciskam, nie dotykam ich cały dzień sprawdzając czy wciąż tam są, nie atakuję ich milionem specyfików. Po prostu czekam aż przejdą, delikatnie im w tym pomagam i równocześnie zastanawiam się co ostatnio zjadłam lub zrobiłam, że sprowokowałam taką reakcję mojego organizmu. Jest w tym pewnego rodzaju spokój i miłość do samej siebie. Akceptacja wyglądu mojej skóry to jest w ogóle kolejny ważny temat. Myślę, że z wiekiem po prostu zaakceptowałam moją przypadłość i nauczyłam się nie przejmować się nią aż tak bardzo. Ktoś może powiedzieć, że chyba nie jest to do końca prawda, bo przecież nie jem wszystkiego na co mam ochotę wyłącznie przez wzgląd na stan mojej twarzy. Ale to wcale nie jest tak. Nie chcę żebyście mieli wrażenie, że rezygnacja z nabiału czy czekolady to dla mnie katusze. Po prostu zrozumiałam, że nie są dla mnie dobre i unikam ich żeby sobie pomóc. Mój mąż też ma duży wpływ na moją samoocenę. On prezentuje postawę, którą moim zdaniem powinni przyjąć wszyscy. Pryszcze, znamiona, przebarwienia po prostu go nie interesują, nie patrzy na nie, nie obserwuje, skupia się na osobie, a nie na poszczególnych elementach jej twarzy. One są, potem znikają, czasem pojawiają się nowe i te później również bledną i tyle, koniec tematu. Myślę, że gdyby wszyscy mieli takie podejście i gdyby w gazetach nie królował photoshop wielu osobom łatwiej by było pogodzić się z niedoskonałościami i wyjść na ulicę bez makijażu i bez poczucia wstydu.

Na koniec chciałam podzielić się czterema zdjęciami, które zrobiłam na własny użytek i nie sądziłam, że będę je gdziekolwiek publikować (stąd gorsza jakość). Dawniej bardzo wstydziłam się swojej cery, teraz czuję się na tyle pewnie sama ze sobą, że pokazanie ich to dla mnie raczej powód do dumy niż stresu. Na zdjęciach jest porównanie mojej twarzy w dniu, w którym postanowiłam zmienić dietę oraz pielęgnację z efektem po 6 miesiącach. W momencie, w którym robiłam zdjęcie, stan cery był z pewnością lepszy niż jeszcze kilka lat temu, ale wciąż powodował frustrację. Możliwe, że różnica nie każdemu wyda się oszałamiająca, ale dla mnie znaczyła bardzo wiele i utwierdziła mnie w przekonaniu, że zmiana nawyków ma sens.