Hity z satelity – nasze ulubione maseczki

Wieczorne mycie twarzy jest dla mnie najprzyjemniejszym rytuałem w ciągu dnia. Nic mnie tak nie relaksuje jak smarowanie się kremami i nakładanie na siebie różnych specyfików. W tym poście chciałabym się podzielić maseczkami, które przetestowałam, i z których korzystam w mojej codziennej pielęgnacji. Nie znajdziecie tu maseczek w płachcie, bo nie jestem ich fanką. Wolę produkty, które nie są jednorazowe, starczają na dłużej, i które przynoszą konkretne rezultaty dzięki systematycznemu stosowaniu.

 

  

Lush – Mask of Magnaminty

Głęboko oczyszczająca maseczka, zawierająca m.in. kaolin, bentonit, miód, fasolę Aduki i miętę pieprzową. Dający zielone zabarwienie chlorofil rozjaśnia, mielona fasolka Aduki delikatnie pilinguje, zaś mięta pieprzowa dezynfekuje, chłodzi i odświeża skórę. Lubię ją przede wszystkim za delikatne mrowienie i uczucie zimna zaraz po nałożeniu. Mam wrażenie, że w ten sposób uspokaja moją skórę. Jest naturalna, nie testowana na zwierzętach, małe opakowanie starcza na około 6 miesięcy, koszt to $15 za 35 ml. (Gabi też jest jej wielką fanką).

 

 

Pixie – Glow Mud Mask

Ta maseczka niestety nie jest dostępna w Polsce, ale jeśli macie możliwość zakupów w UK albo USA to bardzo polecam! Jej główne zadanie to rozjaśnianie skóry, usuwanie wszelkich zanieczyszczeń, wysuszanie pryszczy (przy czym nie wysusza reszty twarzy). Zawiera m.in.: kaolin, sól morską, aloes, żeń-szeń oraz olej jojoba. Używam jej miejscowo lub na całą twarz, kiedy moja skóra się buntuje i pojawia się dużo wyprysków. Właściwie już po jednym zastosowaniu moja cera jest “zaopiekowana”, wszystkie niedoskonałości goją się dwa razy szybciej, a blizny znikają po kilku dniach. Gdybym miała zdecydować się na jedną maskę do końca moich dni to byłaby to właśnie ta, głównie ze względu na świetne działanie i niesamowitą  wydajność. Nie jest testowana na zwierzętach, koszt to $22 za 45 ml.

 

  

Laneige – Water Sleeping Mask

Intensywnie regenerująca, nawilżająca i rozświetlająca kuracja na noc o żelowej konsystencji od koreańskiej marki Laneige. Jest już dostępna w Polsce, ale chyba jedynie w sklepach online. Zdecydowałam się na jej zakup po tym jak jej wersja do ust absolutnie odmieniła moje wiecznie wysuszone na wiór, popękane usta z zajadami. Wersja na całą twarz nie jest aż tak wybitna, ale też bardzo solidna (u mnie sprawdza się dużo lepiej niż kultowa, nawilżająca maska Origins w zielonym opakowaniu). Zostawiam ją na całą noc, a rano zmywam wodą. Skóra po niej jest super nawilżona i przyjemna w dotyku. Koszt to około 100 zł za 80 ml przy czym maska starcza na baaardzo długo, bo wystarczy jej odrobina aby pokryć całą twarz.

 

Ziaja Pro – Maska oczyszczająca z zieloną glinką + mikrodermabrazja

Zdecydowanie tańsza opcja niż pozostałe propozycje. Maska głęboko złuszcza martwe komórki naskórka i dokładnie oczyszcza pory. Absorbuje nadmiar sebum, działa ściągająco oraz wyraźnie zmniejsza rozszerzone pory. Substancje aktywne to glinka zielona, mikrokryształki tlenku glinu oraz kompleks protein mlecznych. Zostawiam ją na twarzy na około 15 min, a następnie lekko nawilżam i masuję, po czym spłukuję letnią wodą. Ta maseczka raczej nie odmieniła mojego życia, ale wydaje mi się, że naprawdę porządne działanie i szalona wydajność czyni ją idealną maską dla osób z mało problematyczną cerą. Dodatkowo jest to w zasadzie produkt typu dwa w jednym- maska plus peeling. Koszt to około 20 zł za 250 ml. (Zapomniałam ją ze sobą zabrać do Polski, więc nie ma zdjęcia:)).

  

L’Oreal Paris – Skin Expert, maska czysta glinka, złuszcza i zwęża pory

Dla odmiany coś bardziej mainstreamowego. Normalnie raczej nie sięgam po produkty L’Oreal, ale bardzo korzystna promocja i świetne oceny w internecie zachęciły mnie do zakupu. O dziwo, maseczka mnie nie zawiodła. Jestem fanką glinek, więc zawartość kaolinu, montmorylonitu i glinki ghassoul do mnie przemawia. Głównym zadaniem maseczki jest złuszczanie, redukcja nadmiaru sebum i niedoskonałości oraz rozjaśnienie skóry. Po maseczce moja skóra jest przyjemna w dotyku i delikatna. Jedyne co mnie w niej irytuje to bardzo mocny kosmetyczny zapach, który w przypadku maseczki jest przecież całkiem niepotrzebny. Koszt to około 34 zł (ja kupiłam w promocji za 25 zł) za 50 ml (starcza na długo). Z racji tego, że nie popieram praktyk koncernu L’Oreal, to mimo dobrego działania, raczej nie zakupię jej po raz drugi.

 

Mizon – Oczyszczająca maska z pyłem wulkanicznym – Pore Clearing Volcanic Mask

Mizon jest jedną z moich ulubionych marek, nie zawiodłam się jeszcze na żadnym produkcie z ich oferty. W składzie znajdziemy olejek migdałowy, wyciąg z marchwi, a także proszek wulkaniczny oraz ekstrakt z zielonej herbaty, które odpowiadają za kontrolę ilości sebum. Lubię ją przede wszystkim za to, że pozostawia moją skórę ściągniętą (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) oraz świeżą. Stosuję ją zapobiegawczo gdy moja skóra jest w dobrym stanie, ale też w gorsze dni, kiedy cera się buntuje i potrzebuję większego wsparcia. Duży plus daję jej też za wydajność- żeby pokryć całą twarz wystarczy naprawdę mała ilość. Koszt to ok. 60 zł za 80 ml.

 

Zdaję sobie sprawę, że ceny i dostępność mogą trochę odstraszać, ale jako, że całe życie walczę z trądzikiem to jestem skłonna zainwestować w swoją cerę. Te maseczki zdecydowanie  sprawdziły się na mojej skłonnej do trądziku, lekko przetłuszczonej, ale bardzo delikatnej cerze. Dodam też, że nie używam wszystkich wymienionych masek oczyszczających na raz, wystarczy jedna + maska nawilżająca.