Hity z satelity- czego aktualnie używam

Kosmetyki to zdecydowanie mój słaby punkt. Jestem na nie skłonna wydać więcej niż na ubrania, bo każdy nowy produkt jest dla mnie jak obietnica piękniejszej cery, gęstszych włosów czy mniejszego cellulitu. Trudno się temu oprzeć:) Od jakiegoś czasu staram się jednak ograniczyć ilość używanych kosmetyków, bo zauważam, że zasada im więcej, tym lepiej nie do końca sprawdza się w przypadku mojej skóry. Wciąż uwielbiam koreańską pielęgnację i nie mam zamiaru rezygnować z peelingu czy maseczki, ale nie kupuję już nowych produktów, które mają podobne zastosowanie do tych, które już mam w domu. Staram się także zastanowić trzy razy zanim coś kupię. Czy kiedy mam kiepski dzień ten nowy krem naprawdę poprawi mi humor? Czy nie mam już przypadkiem czegoś podobnego w łazience? Czy moja skóra naprawdę potrzebuje dodatkowego nawilżenia/rozjaśnienia/opalenia/złuszczenia (niepotrzebne skreślić)? Nie byłabym jednak sobą gdybym nadal nie testowała nowości, tyle, że teraz dzieje się to rzadziej i nieco wolniej. Poniżej cztery kosmetyki, których używam regularnie, niektórych od dawna, niektórych od miesiąca, ale na pewno pozostaną w mojej kosmetyczce na długo.

 

Krem do rąk Yope- wersja Szałwia i Zielony kawior

 

Zacznę od tego, że ten krem zostanie już ze mną na zawsze! Szczerze mówiąc nawet gdyby był średni (ale nie jest!) to i tak bym się nim zachwycała. Serce skradł mi jego zapach! Jestem bardzo wybredna przy wyborze kosmetyków, nie tylko z powodu wymagającej skóry, ale także węchu. Wiele kosmetyków drażni mnie sztucznym zapachem, dlatego najczęściej wybieram te bezzapachowe lub takie, które przywodzą mi na myśl zioła. Taki właśnie jest krem Yope- cudownie ziołowy i świeży. Przypomina mi nieco moje ulubione perfumy Santal 33. Prócz zapachu mamy oczywiście fajny skład- witamina E, oliwa z oliwek, masło shea, olejek arganowy i kokosowy oraz ekstrakt z szałwii lekarskiej, który ma właściwości przeciwzapalne i przeciwbakteryjne. Moje ręce nie są szczególnie przesuszone, więc nie wymagam od kremu cudów, ten bardzo dobrze się sprawdza, szybko wsiąka i nie zostawia irytującego filmu. Dodatkowo Yope to polska marka, a 98% składników tego kremu jest pochodzenia naturalnego oraz o niskim stopniu przetworzenia. Polecam!

100 ml – 30 zł

Laneige Lip Sleeping Mask

 

Absolutny must have, polecam każdemu w ciemno! Moje usta są trudne, może same w sobie się nie przesuszają, ale od dzieciństwa mam skłonność do zajadów i różnego rodzaju suchych placków pojawiających się w okolicy ust. Można się domyślić, że znalezienie produktu, który pomoże zajęło mi lata, wiele konsultacji z dermatologiem i testowania dziwnych aptecznych specyfików. Nic na dłuższą metę nie pomagało. Ostatecznie około 2 lata temu skusiłam się na tę maskę i to był strzał w dziesiątkę. Używam jej codziennie wieczorem przed snem, nakładam ją na wargi oraz na skórę wokół ust. Produkt jest dość gęsty i niesamowicie wydajny. Ja wciąż używam pierwszego opakowania! Niestety nie mogę się wypowiedzieć na temat składu, jest to produkt koreański dlatego lista składników nie należy do najłatwiejszych do odszyfrowania. Mimo tego, że może nie jest hiper naturalny i tak mam zamiar nadal go stosować, bo efekty są naprawdę świetne. Produkt wart każdej złotówki, zwłaszcza jeśli Wasze usta także są wymagające!

20 g – około 90 zł

Jan Barba Serum oczy i usta

 

Serum od Jana Barby miałam okazję kupić na krakowskiej edycji Ekotyków. Akurat poszukiwałam czegoś pod oczy, co wzmocni działanie mojego ulubionego kremu Resibo. W podjęciu decyzji co do zakupu pomogła mi krótka konsultacja z twórcami marki – Martą i Bartoszem, którzy są żywą reklamą swoich produktów!  To co lubię w tym serum najbardziej, to jego szklany aplikator w formie roll-on. Naprawdę chyba nie ma niczego bardziej relaksującego niż nakładanie tego produktu! Jeśli znacie Jana Barbę to na pewno wiecie, że ich produkty mają zawsze świetne składy- tutaj znajdziemy na przykład olej z nasion róży rdzawej, z awokado czy z nasion kiwi, a także witaminę E, ekstrakt z rozmarynu, skrzypu oraz kwiatu bzu. Jedynym minusem jest krótka data przydatności- jedynie 6 miesięcy, ale taka jest cena, którą trzeba zapłacić za produkt, który nie posiada konserwantów i jest całkowicie naturalny. Na sam koniec dodam, że opakowania są zero waste i można je odesłać (lub oddać osobiście na targach) do producenta, w zamian za darmową wysyłkę i rabat przy kolejnym zamówieniu. Oby więcej takich inicjatyw wśród producentów kosmetyków. 

10 ml – 65 zł

Olaplex Hair Perfector No 3 

 

Olaplex no 3, nie jest odżywką, a raczej kuracją do stosowania w domu. Jeśli kiedyś drastycznie zmieniałyście kolor, szczególnie na blond, pewnie słyszałyście o tym produkcie. Ja aż tak wielkiej zmiany nie przechodziłam, ale od paru lat co kilka miesięcy rozjaśniam lekko włosy, co niestety odbija się na ich kondycji. Do zakupu i wypróbowania tego specyfiku zachęcił mnie instagramowy post Drew Barrymore, na którym pokazuje swoje włosy w opłakanym stanie po nieudanym rozjaśnianiu, a następnie rezultat stosowania Olaplex no 3 w domu. Uwierzcie mi (albo same zobaczcie) różnica jest szalona! U mnie też jest widoczna. Kurację nakładam raz w tygodniu na lekko mokre włosy, zostawiam na 30 minut (ale można też na dłużej w zależności od potrzeby), a następnie spłukuję, myję swoim szamponem i nakładam standardową odżywkę. Już po dwóch zastosowaniach widzę rezultaty i mam wrażenie, że włosy są grubsze i mniej sianowate. Produkt pomoże także tym, którzy stosują prostownice i lokówki oraz mają po prostu zniszczone włosy, bo cała magia kuracji polega na replikowaniu i regenerowaniu mostków dwusiarczkowych włosów, które ulegają zniszczeniu lub zerwaniu w trakcie zabiegów chemicznych czy poprzez mechaniczne uszkodzenia. W Polsce produkt dostępny jest w drogerii Douglas.

100 ml – 109 zł